sobota, 31 października 2015

Okiem znajomych

Gdy za oknem krakowskim króluje mgła, przeglądam zdjęcia od znajomych, którzy byli już w naszym domu, chodzili znanymi nam ulicami   ... i za zgodą autora, Adama Kuczyńskiego przedstawiam okolicę domu, drogę do sklepu i na pierwsza kawę o poranku ( i ostatnią, bo potem, to już raczej wino : )).













A teraz kilka wakacyjnych wspomnień dzięki Zosi Nowak.
Na początek nocny przyjazd:

i dzienne uciechy


 widok plaży




Tak spędza wakacje bananowa młodzież : )

poniedziałek, 27 lipca 2015

...... i po

Wiem, że długo nie pisałam, hm... Ale oto jestem, by pokazać Wam, że nie leżałam do góry brzuchem, albo miedzy jednym leżeniem, a drugim cos się jednak działo.
Jeśli ktoś nie pamięta, jak wyglądał dom wcześniej, to zapraszam najpierw na przechadzkę sprzed dwóch lat:  http://widokzdachu.blogspot.com.es/2013/09/dom-rozdzia-1.html

Powrót do  teraźniejszości : )

 I zapraszam do środka.

Nie ma idealnego porządku, nie ma w ogóle porządku, ale inaczej te zdjęcia w ogóle by nie powstały.
Ich autorem jest Zosia. mała Zosia, która trochę urosła : ) Widok po wejściu do domu z ulicy.
Poniżej w druga stronę, widać , jak żar z zewnątrz próbuje wtargnąć do środka. Niestety z pozytywnym skutkiem.


Po drodze siedzi mama i coś pisze, ciekawe co?
Ale już prawie jesteśmy w ogródku ...

ale nie, jeszcze łazienka!
Oto ogródek, mały bo mały, ale ziółka różne są, a nawet gigantyczne pomidory Zosi. Które są tak duże, że wyszły z grządki i zbliżają się do domu.



Idziemy na górę.
a tu, schody wewnętrzne, również na górę.
Poniżej już prawie jesteśmy na tarasie.
Odwracamy się i spojrzenie na ogródek ...
 Przemierzamy parzący w stopy taras i wskakujemy do pokoju na górze przez drzwi dla krasnali odwracamy się a tam ... basenik dla krasnali, ale zawsze. w końcu nie daleko jest Basenik Śródziemnomorski.

i góra, naszych niepościelonych łóżeczek nie odważyłam się pokazać, Zosia je oczywiście udokumentowała solidnie.
ja wolę widok na uliczkę z drugiej strony.

Nie, teraz nie mieszkam w Hiszpanii, jesteśmy na długich wakacjach. Ostatni rok szkolny dzieci spędziły w Krakowie, cały poprzedni w Hiszpanii. Niczego nie straciły, dużo zyskały.
A ja tęskniłam za bardzo do zimnego, mglistego miasta z wielkimi zielonymi drzewami.
Tęskniłam, to mało powiedziane, byłam chora z tęsknoty. Wyzdrowiałam i zdarza mi się, że w ponury, szary, chlustający deszczem w okno, krakowski wieczór, tęsknię za błękitem, morzem i jedzeniem, które w nim pływa. Może napisze o tym więcej kiedyś. Na dzisiaj tyle.
Dziękuje, że o mnie nie zapomnieliście, czasem dostawałam jakiś miły list, komentarz...DZIĘKUJĘ.

wtorek, 1 kwietnia 2014

W stronę gór

Różnica miedzy górą a pagórkiem nie jest dla mnie oczywista. Ze zdumieniem zauważyłam kiedyś, że dla niektórych osób z centralnej Polski okolice Krakowa to już góry. Tutaj mając na co dzień za plecami spore ilości skał przestałam uważać je za góry.  A jednak ... według definicji, należy wziąć pod uwagę wysokość względną w stosunku do najbliższych den dolinnych, ma ona wynosić więcej niż 300 m. Wynika z tego, że spokojnie, w tytule tego tekstu mogło paść słowo: góry.  Chociaż w atlasie była to zaledwie szara smużka, snujący się między drogami dym.
Oto kilka zdjęć z naszej wycieczki:
Powyżej zdjęcie z samochodu, z drogi w dolinie wjechaliśmy na drogę dająca możliwość dotarcia  właścicielom do ich sadów . Kwitnące drzewa to brzoskwinie lub czereśnie. Zagadka latem rozwiąże się sama.










Trudno oprzeć się widoczkom prześwitującym przez kwiecie : ) Poniżej idę za moim małym przewodnikiem Zosią szlakiem oznaczonym zielono. Reszta towarzystwa utknęła na placyku z huśtawkami w  wiosce, gdzie zaparkowaliśmy samochód.





Zostawiając w dole kwitnące sady ścieżka pnie się zygzakami pomiędzy starasowanymi wzgórzami. Kamienne murki  są dla mnie synonimem trudu, który kiedyś człowiek był w stanie włożyć w wyprodukowanie żywności. Powyżej, rząd młodych drzew oliwnych.




Pniemy się wyżej i otwierają się przed nami widoki pierwotne, należące do historii ziemi.











W drodze powrotnej (bo przecież reszta wycieczki nie może się cały dzień huśtać) znowu zaczynają się sady nie oliwne, często też na tarasach.  Te drzewa potrzebują wody, rosną tam, gdzie można podpiąć gumowe węże do podlewania, które wiją się pomiędzy pniami. 







Migdałowce już przekwitły, duże, ukryte w zamszowej skórce, owoce wyglądają na gotowe : ) Ale jeszcze chwila.
 Typowa zabudowa wioski założonej jeszcze przez Arabów, architektura zmieniała się w ciągu wieków, teraz następuje epoka brzydoty. Ciężko sfotografować całość z oddali, stare centra z wieżami kościelnymi oklejone są brzydkimi, niejakimi domami, magazynami, nijakością.









Złe zdjęcie, ale mimo wszystko można zdać sobie sprawę z głębokości doliny.

Nie wiem dlaczego powstały duże odległości między zdjęciami, zdjęciami a tekstem, widać to dopiero w podglądzie, wobec czego ciężko mi naprawić tą usterkę, nie widząc jej.
Długo nie pisałam, nie miałam ochoty, czasem, jak każdego blogera ogarniają mnie wątpliwości.

W naszym miasteczku pachnie kwiatami pomarańczy, wiatr przynosi ten zapach z sadów. Wieczorem staję na balkonie i wciągam głęboko, słodkie, ciężkie od nektaru powietrze. Jest to dla mnie niezwykłe, jedno z wielu bardzo zaskakujących rzeczy w Hiszpanii o których nikt nigdy mi nie powiedział. W marcu przyjeżdża się w okolice Walencji z powodu Las Fallas, czyli palenia olbrzymich rzeźb, dawniej z drewna, wosku i papieru, teraz często ze styropianu. A ja przyjechałabym z powodu wysypu białych kwiatów, których zapach czuję wśród ulic i samochodów, a przecież najbliższe z nich kwitną pół kilometra dalej, wypełniając przestrzeń między morzem a górami.